Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jak się pan Paweł żenił i jak się ożenił.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   85   —

lat wielu nigdy się przez czas dłuższy nie objawiał. Bywały dnie ciszy, ale nigdy tygodnie.
Na wyjezdnem, gdy Kasper zapytał kiedy się ma spodziewać z powrotem, zmieszany Paweł odpowiedział mu, nie ofuknąwszy go jak zwykle.
— Albo ja wiem! to trudno oznaczyć. Potém się zawrócił i dodał.
— A i to może być, że... że ja gości z sobą przywiozę. No, nie wiem, trzeba się przygotować na wszelki wypadek, żeby mięso było.
To dawało do myślenia.
Z mięsem na wsi nie jest rzecz tak łatwa jak w mieście. Arendarz lub inny jaki przemyślny izraelita przywozi czasem ćwiartkę lub cały pośladek cielęcy, trafia się ćwierć wołowa, po karczmach tu i owdzie biją bydło, lecz na regularną dostawę rachować nie można, a najczęściéj owdowiała krowa zastępuje spaśne woły. Mięso, które ciężarem swym spadło na Kaspra, nie było tak małą rzeczą. Mięso bez kości, pół biedy, ale dla gości musi być i rura i sztuka mięsa z kwiatkiem. To się samo z siebie rozumie.
Hm! żeby mięso było! — powtarzał Kasper — żeby mięso było, tak to mu łatwo sobie powiedzieć, a niechajby sam poszukał tego mięsa!
Posłał Kasper do arendarza, zamawiając u niego mięso, ale się gniewał na despotyczny rozkaz: żeby mięso było.
Mięso nierozłącznie szło z ideą gości. Jacyż to