Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gładził ją, ciesząc, pod brodę; ona szalona uśmiechała się do niego, a jak świéca zagasła, poszła spać spokojnie i tuliła się do doktora, wołając na swego Antosia, i macała mu głowę i ręce, pytając, czy ten kat doprawdy ich nie poobcinał??


III.

Mróz dochodził do dwódziestu stopni, biédna, w obdartych łachmanach Marysia, stała przeziębła u drzwi lichego domku.
W piersiach jéj brakło głosu do wzywania litości; dwie łzy do połowy zmarzłe toczyły się po jéj twarzy; te łzy mróz wycisnął; boleść na