Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nią i nikt cieszyć nie myślał. Xięża skończyli śpiewać, wszyscy wyszli, ona stała, dziad ją za drzwi kościelne wyprowadził, zatrzasnął rygle i poszedł mrucząc Wieczne odpocznienie. Wiatr wył, deszcz lał, ona stała jak wryta i płakała, oparłszy głowę o mur kościelny, ale nikt jęków nie słuchał, nikt na łzy nie patrzył, bo była noc, noc głucha, a na smętarzu po nocy nikt nie chodzi, chyba duch.
Marysia płakała długo i siadła płakać na kamieniu, i zasnęła biédna.
Obudziła się rano, żeby spójrzeć jak trumnę wynoszą, znowu pobiegła za trumną na smętarz, pobiegła nad jamę, spójrzała w nią, a ten dół przez łzy błyszczące w oku wydał jéj