Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wynosi tak dalece nade mnie, że dla ocalenia życia ulubionego charta, nie wahaliby się ani chwili kazać mnie posiekać żywcem na kawałki.
Raz, było to rano, stałem przed kościołem nad kupą śmieci, patrzyłem na rozbitki talerzy, na sznurki, siana ostatki, plugastwa różne, tarzające się pod memi nogami, wtém zaszeleściało cóś z tyłu — ujrzałem młode dziéwczę idące do kościoła.
Piérwszy raz może w życiu dwa razy spójrzałem na kobiétę; ta warta była, aby na nią patrzeć wieki: była tak ładna, a z oczu, z twarzy, sama dobroć, anielska słodycz oddychała!
Ona poszła, ja stałem, i serce mi krwią zabiegło — dla mnie niéma kobiet! niéma aniołów ziemi! Te, któ-