Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


djalekcie śpiewki zwiędłe i skoszlawione.
Zwiedzałem sławne galerje obrazów, tonąłem w pustych gmachach, jak dziecię w sukniach szytych na olbrzyma; oko moje pochłonęło Watykan; przypomniałem Michała Anioła, dziwiłem się, rozpływałem, ale niebyłem szczęśliwy, bo nie było muzyki.
A dusza moja pragnęła jéj tak silnie, żądała jeśli nie nią, rozmową przynajmniéj o niéj się pocieszyć; lecz napróżno — zdawało się, że w całym Rzymie ja jeden tylko o muzyce myślałem, bo kiedy głosem entuzjasty, akcentem cudzoziemca, ozwałem się do jakiego muzyka z professji, ten mierzył mię od stóp do