Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


osób, jest tylko prostą formą, a nie żadną miłością.
Przykuty do ziemi, jeśli się myślą wyżéj unieść zechce, co rzadko bywa, wystawia sobie niebo synagogą oświeconą miljonem świéczek łojowych, sadzi tam Szarobora, Lewiatana, mierzy wielkość bóstwa łokciem, duszę karmi kuglem i łokszynem. Zabobonny i lękliwy, podły i nikczemny, ciągły niewolnik własnego położenia, tai się ze wszystkiém, modli się gorliwie, oszukuje każdego, przysięgając przekręca głoski, aby nie dotrzymać przysięgi, kłaniając się nizko, stuka pantoflami i przeklina. Można-li szukać poezji u takiego ludu? Bez wątpienia, ma on swoję oddzielną, cale oryginalną, napiętnowa-