Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak! a tu potrzeba jechać w powiat...
— Ja gotów...
— Żeby mi wszystko było gotowe... czterech żandarmów, czterech z inwalidnej komendy co najlepszych... bryczki, konie... i żeby żywa dusza nic nie wiedziała...
— Słucham pułkownika...
— Żebyś był trzeźwy jak cię matka narodziła...
— Słucham pułkownika...
— Ludzi jeszcze ze dwóch ze straży nie zawadzi? — Spojrzał na Pratulca, który głową dał znak potwierdzający. — Z turmy wziąć parę kajdanków.. i powrozy... Kto wie... może się i to przyda.
— Słucham...
— O mroku żeby było wszystko gotowe...
— A o północku w drogę — dodał Pratulec... nie prędzej...
— O północku...
— Masz czas! żebyś mi był trzeźwy! — dodał pułkownik groźno...
Sekretarz wyszedł ze czkawką, a dwaj przyjaciele zapili ponczem nadzieję.


∗             ∗

Noc już była zimowa, chłodna; jesień nagle przeszła w mroźną porę, drobny śnieżek prószył niekiedy i pobielał zamarzającą grudę; ziemia przesiąkła długimi deszczami krzepła i tężała od północnego wiatru... niebo od wieczora okrywało się gęstemi chmurami śnieżnemi. W małej wioszczynie wedle obyczaju wiejskiego, światła były pogaszone prawie wszędzie, w niewielu się okienkach świeciło, bo ludzie wolą wstawać na doświtki zimą, niż długo wieczornice przeciągać. W karczmie tylko i kilku dworkach czerwonawo błyskały szyby zakopcone.
Wyprawa na nieszczęśliwego emisarjusza przedsięwzięta została ze wszelkiemi możliwemi ostrożno-