Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bryczka latała, tłukła go, rzucała, zapadała w doły, przechylała się; był pewnym, że urzędnika pierwszego w powiecie wywrócić przecie nie mogą. Ale stało się co innego.
Na przedzie jadący z kagańcem człowiek, znający doskonale tak zwane objazdki, małe drożyny porobione wozami chłopskiemi dla uniknienia rozbitych grobel, poprowadził manowcami, piaskami, które po deszczu, stosunkowo jeszcze wcale nie złą były drogą. Wiodła ona przez las sosnowy, pełen wybojów, korzeni, pni... małych brodów nie grzęzkich. Czterema końmi w poręcz dosyć się było trudno wywinąć.
Na skręcie... woźnica nieuważny o pień zawadził osią, konie szarpnęły, oś pękła, koło spadło... i pierwszy urzędnik w powiecie leżał na ziemi jak najostatniejszy z czynowników. Złość jego nie znała granic, klął woźnicę, sługę... łajał, klął, obiecywał pałki, więzienie... knuty, Syberję, ale to wszystko razem osi naprawić nie było w stanie. Zrozpaczony przewodnik, któremu słusznie należna część kułaków i połajań się dostała, chcąc zapewne udobruchać wściekłego, zaproponował, że go zaprowadzi do bliskiej w lesie karczemki na Rudkach, gdzie miał też być i kowal cygan... coby mógł oś naprawić...
Zostawiwszy więc ludzi z bryczką połamaną w lesie, rad nie rad pułkownik pieszo wskazaną ścieżynką, mającą go wprost do parę wiorst odległej zaprowadzić karczemki... ruszył, przeklinając...
Noc bardzo powoli ustępowała pierwszym dnia brzaskom.. ledwie cokolwiek szarzeć zaczynało. Właściwie nie był to nawet poranek, ale na rozjaśnionem niebie jesiennem, wszedł księżyc w ostatniej kwadrze... on to mdłem światełkiem trochę pomrokę rozświecał.
Zadumany pułkownik, w zbłoconym płaszczu sam jeden szedł przez las... czekając rychło się li pokaże karczemka owa... obiecana.
Była to — jak sam przewodnik mówił — mała