Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/298

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    w palonych butach, szaraczkowym spencerze i hiszpańskim płaszczu...
    Za nim na gniadym koniu rosłym opasły, krągły, niemłody jegomość, ubrany jak pierwszy, z tą różnicą, że zamiast płaszcza miał na sobie dostatnią ciepłą opończę.
    Był to Dziadunio w towarzystwie starego Szczepana który narażającego się na niebezpieczeństwo opuścić nie chciał... Antek domyślił się że Dziadek gonił za jedynakiem... ale od lat dziesięciu nikt go prawie na koniu nie widział. Mimo to trzymał się krzepko, zsiadł o swej sile i z wcale dobrą miną poszedł szukać pułkownika.
    Antek wyskoczył naprzeciw niego...
    — A Władek? spytał stary...
    — Władek... był... i... w tej chwili... wyprawiono go... ale... będzie jak sądzę za kilka godzin z powrotem.
    A pułkownik gdzie?
    — Oto na kłodce siedzi...
    — Już go mam na oku, rzekł Dziadunio...
    Siekierka dopiero teraz dostrzegł że Szambelan był uzbrojony w pistolety, przy pałaszu, a na ramionach Szczepana, w bardzo uczciwym pokrowcu sukiennym przewieszona była strzelba...