Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wpadłszy w wesołe towarzystwo dobrych ludzi, rozpróżnował się i rozhulał, tak że sieroty na ręce najemne porzucił. Ściskali go, całowali, obsypywali pochwałami przy kielichach, serdeczni jego przyjaciele, nie zwano go inaczej jak poczciwym panem Floryanem... ale mu się upamiętać nie dano na najświętsze obowiązki.
Ta hulanka nie wiadomo do czego by była doprowadziła, bo już szeptano że się chciał żenić z artystką baletu, która miała być bardzo dystyngowaną i utalentowaną osobą (chociaż po dwakroć zaszczycona została naszyjnikiem i bransoletą przez N. Pana) gdy szczęściem po jakiejś zbyt przedłużonej wieczerzy p. Floryan zapadł na gorączkę gastryczną i umarł w kwiecie wieku. Tysiące osób towarzyszyły orszakowi pogrzebowemu, Dziadek przybiegł także aby zapłacić długi i odebrać wnuki..., które z nim razem pojechały do Rajwoli. — Smutna to rzecz gdy sieroctwo trzeba za szczęśliwy rachować wypadek. Dziadek jął się teraz gorliwego wychowania wnuki i wnuczki, pewien będąc że z nich uczyni co zechce. Chłopak zajmował go szczególniej... I on i siostrzyczka jego najpiękniejsze zrazu dawali nadzieje.
Nie żałowano nic dla wykształcenia obojga...