Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zbytku ostrożnym. Los wszakże zażartował z tych zabiegów.
Na jednej z tych zabaw do których się więcej nóg niż głów zaprasza — spotkała Marynia pana Floryana... syna jednego z możnych niegdyś obywateli okolicznych. Chłopak był ładny, wesół, dowcipny, trochę pusty... Tego wieczora on rej wodził na baliku, kilkanaście godzin zabawy starczyły by olśnić, zachwycić, podbić serce Maryni... P. Floryan nie był wcale złym człowiekiem, ale wszystkie cnoty staropolskie miał w sobie tak dalece posunięte, że się w nim stawały wadami. Szlachetnego i litościwego serca był niepomiarkowanie rozrzutnym, ludzki był a łatwowierny i bez wyboru wierzył pierwszemu lepszemu intrygantowi, w patryotyzmie padał ofiarą tych, co się doń odezwali, grzeczność jego przeradzała się w słabość i chęć służenia ludziom w bezmyślną dobroduszność, której nadużywano. Kochali go wszyscy niezmiernie, ale nikt nie brał na seryo, posługiwano się nim bez litości. Łatwo było przewidzieć, że ten najlepszy człowiek w świecie ani dobrym mężem ani ojcem familii być nie potrafi... Dziadek był przeciwnym temu małżeństwu, choć Floryana lubił, opierał się związkowi ale Marya kochała... jedynaczka bladła, schła,