Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/268

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    spoglądał na Hannę, znajdował ją piękną nawet w świetle wspomnień o Izie... Ale jakże inną?
    Ta zdawała się rosnąć jak lilie o których wspomniała, wprost z ziemi swej, prawie nie pielęgnowana, na tamtej doskonałość składały się czarownic dłonie, cały wyrafinowany artyzm teatru wielkiego świata... Czuł Władek że Iza mogła się namiętnie przywiązać, ale Hanny serce... oddawszy się raz, dałoby się na zawsze... Myśli młodzieńcze snuły się po głowie i milczał.
    Doszli tak aż do ławki pod lipami.
    — Lękam się żeby nam kto nie przeszkodził! — odezwał się Władek, Dziadunio mi polecił prosić was...
    Jakoś mu nie szło, zawahał się.
    — Dziadunio wie że teraz czasy są ciężkie, że częste wycieczki profesora narażają was na niespodziane koszta, chce więc i prosi abyście na wszelki wypadek, pożyczyli u niego... dla zapasu... i przysyła...
    Władek powoli dobywał kopertę z kieszeni, Hanna zarumieniła się jak wiśnia i z lekka odtrąciła jego rękę.
    — Umiem cenić, odpowiedziała głosem w którym się przebijała boleść — złote serce Dziadunia...