Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Cześnikówny.djvu/135

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    mąki i żyła pokomorném z jałmużny. — Były podobno z panią Skórską czy w dawnéj przyjaźni, czy w pokrewieństwie, dosyć że litując się tych dzieci, Skórska je do domu zabrała, obiecując wychować i sama się zajmować niemi. Dziewczęta były śliczne, a pan Michaś prędko się tego dopatrzył.
    Żyd, jakby mu nie miło było mówić o tém, westchnął i zamilkł chwilę. Generał wstał dziwnie poruszony i zbliżył się do niego. Znać go historya ta nad miarę zajmować zaczynała.
    — I cóż się tedy stało? zapytał.
    — A co mogło się dobrego stać! odparł Chaim... Skórski przyjeżdżał ze szkół na święta i na wakacye i bałamucił. One były jeszcze prawie dziećmi... On już gorzéj zepsuty był niż inni w jego wieku. Matka na wszystko była ślepą... I stało się nieszczęście... Skórska je odesłała do matki, która z bólu i żalu umarła... a i ona nie długo ją przeżyła...
    P. Michał sierotkę na wychowanie wziął, bo się z żadną żenić nie chciał, — a i to dziecko niewiedziéć gdzie się podziało...
    Chaim ręką w powietrze zamachnął i umilkł...
    — Zmarnowały się dziewczęta... jedna poszła w świat, zapiła się i obłąkana dotąd się tu jeszcze włóczy... z drugą nikt nie wié nawet co się stało... Gadali ludzie że była aktorką w teatrze!..
    Generał stał niemy słuchając, napróżno starał się być obojętnym, żyd poznał jak go to oburzało, — lecz nie dziwił się, bo i w nim wspomnienie to budziło bolesne uczucie.
    — Łotr! rzekł Hochwarth krótko...
    — I za to go pan Bóg pokarał, dodał Chaim, bo za siéroce łzy karze pan Bóg. — Zmarnowało się i jemu życie, i nędznie i przeszło w kłopotach i strachu. Po wielu latach wróciła jedna z tych dziewcząt, w łachmanach, odarta, rozpojona, na pół obłąkana i nie dała stąpić Skórskiemu żeby go nie prześladowała sobą. Nie było sposobu ani się jéj pozbyć, ni odpędzić; — kryła się w lasach, szpiegowała, poprzysięgała że gdyby się ważył żenić to go od ołtarza odciągnie. Nie dała mu dnia przeżyć spokojnie... Nareście w roku przeszłym, mówią ludzie że w nocy go w lesie napadła, i z konia ściągnęła, tak że padłszy na pień o mało się nie zabił. — Po téj chorobie uciekając od niéj pojechał do Warszawy, ale i Cześnikówna znikła, i powiadają że za nim i tam poszła... Teraz znowu się tu włóczy...