Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wszyscy. P. Kalasanty łowczankom na szpilki po pięć tysięcy złotych wyznaczył, a Krasków cały z remanentami, na kolanach prosił i błagał, aby Maryś Myszkówna przyjęła, jeżeli chce duszy jego dać spokój.
Wyraził się w téj ostatniéj woli swéj z takim respektem i afektem dla uniwersalnéj legatorki iż ręki jego odmówiła, wierną będąc uczuciu które w sercu zachowała, a o którém on wiedział — że przy czytaniu testamentu wszyscy się popłakali.
Maryś gdy jéj, wpadłszy do garderoby, łowczanka starsza dała znać o tém, zemdlała.
Nie chciała legatu i wyrzekała się go, aż gdy jéj klauzurę przeczytano, że dla spokoju duszy swéj błagał o to nieboszczyk — zamilkła.
Winszowali jéj wszyscy — ale ona smutna chodziła jak noc.
Pierwsza rzecz — łowczego prosiła, aby Krasków objął i zarządzał w nim.
Sama została jak była w garderobie i ani myślała w czémkolwiek życie i obyczaj zmieniać, tak służąc łowczynie i w domu jak przedtém.
Gdy po sąsiedztwie wieść gruchnęła, że Myszkównie Krasków się dostał, uboższa szlachta, kawalerowie różni co się koło niéj zdala już