Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rzecz patrzeć na takiego Łazarza — ale zasługa przed Bogiem pociechę mu przynieść...
Maryś łzy w oczach stanęły.
Rozstali się tak...
W tydzień jakoś z Kraskowa posłaniec przybiegł że p. Kalasanty dogorywa i z łowczym się widzieć żąda.
Natychmiast stary kazał zaprzęgać i pojechał, ale chorego już zastał na marach.
Żal był powszechny po nim, a Maryś się we łzy rozpłynęła.
Łowczanki nie mogły tego pojąć, że nie chcąc za niego iść, potém go tak żałowała i opłakiwała.
Ciekawość była powszechna komu majątek zapisał, bo krewnych blizkich nie miał. Łowczy, który miał aprehensyą, że córkom jego dostać się może Krasków, otwarcie powiadał, iż tego zapisu sobie nie życzy.
— Myśmy z nim żyli, służyliśmy mu, kochali go — uchowaj Boże legatu! Powiedzą ludzie, że zabiegaliśmy o to i przypochlebiali mu się — a Bóg widzi, że nam to w myśli nie postało. Niechby lepiéj na klasztory oddał — a my i bez tego dosyć mamy.
Testament, jak się okazało, był aż w Lublinie, i gdy go otwarto, — zdumieli się niezmiernie