Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Oboje zaczęli mu rozpowiadać jak ona wiele cierpiała, jak się modliła, płakała, dowiadywała, posyłała i nigdy nie traciła nadziei odzyskania narzeczonego.
Staszek wzruszony nic mówić nie mógł.
Na opowiadaniach tych upłynął czas do wieczora.
O zmierzchu, gdy już świece podano, zaturkotało. Łowczyna poznała bryczkę, była to Maryś powracająca z miasteczka.
Jakoż w chwilę potém, jak stała z bryczki weszła do pokoju.
Nie spodziewała się wcale zastać gościa... nie spostrzegła go nawet z początku, idąc się witać z łowczyną. Wtém, gdy go pomijała już, podniosła wzrok przypadkiem; — stanęła, zbladła i krzyknęła okrutnie.
Staszek plackiem u nóg jéj leżał, ale łowczyna i łowczy mdlejącą pochwycić musieli.
— Cud! cud! poczęła wołać...
Jakże tu tę radość, jak to szczęście opisać??
Staszek powracał zdrów, z jasnemi oczyma, z sercem stęsknioném i kochającém, wdzięczności pełném.
— Dzięki Bogu, odezwał się, bez Kraskowa się obejść możemy... To com oczyma i chorobą