Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Schodzili się w ogrodzie z sobą... ludzie widzieli. Potém ś. p. Kalasanty zachorował, to ją łowczyna musiała do niego wozić... a panienka, rezolutna, wymogła na nim zapis z pokrzywdzeniem familii, bo to się należało łowczankom.
Wieść ta o wielkiéj przewrotności Marysi, o jéj intrygach — zabiegach dla pochwycenia majątku, tak się dobrze przyjęła wszędzie, iż inaczéj całéj téj przygody sobie nie opowiadano. Milczenie zaś i obronę Marysi przez łowczynę przypisywano zacności jéj i szlachetności.
Maryś zachorowała obłożnie po powrocie do Brodu. Doktor przybyły znalazł i chorobę wątroby, i różne inne naruszenia organizmu... Kazano jéj w łóżku leżeć, lekarstwa brać.
Zmizerniała biedna w dni kilka, oczy wypłakała... a co miała grosza posyłała to do św. Antoniego, jak wiadomo patrona rzeczy zgubionych, to na zapłatę ludzi, którzy Staszka poszukiwali.
Chłopak jak w wodę wpadł, i zdaniem większości nawet najprawdopodobniejszém było, że się musiał utopić.
Zaraz za dworem w Kraskowie był młyn wodny, którego szum czasem we dworze słychać było. Wiedział więc o nim Staszek i choć ślepy