Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Rzepkowa opowiadała późniéj, iż prawie słowa z niego dobyć nie mogła, choć nieustanném paplaniem starała się go pobudzić do rozmowy.
Gdy mu mówiła o przyszłém weselu — ruszał ramionami tylko, zdawał się i w to nie wierzyć.
Ponieważ do formalności przedślubnych potrzebne były i metryki i papiery, po które posyłać musiano — mimo nalegań Marysi smutne owo wesele przeciągnąć się musiało.
Smutek ów i niewiarę Staszka Maryś sobie tém perswadowała, że po ślubie ona ciągle przy nim będąc — rozpędzić je potrafi.




Tymczasem stała się rzecz niepojęta zupełnie, niezrozumiała dla nikogo. Maryś we czwartek jakoś wyjechała, zostawując jak zwykle Rzepkowę na swém miejscu w Kraskowie; Stach czując się, jak mówił, znużonym, zapragnął wcześniéj spocząć. Stało się jak chciał.
Nazajutrz gdy Maryś przyjechała jak zwykle, w ganku zastała ekonomową bez czepka, z rozrzuconemi włosami, w rozpaczy ręce łamiącą.
Staszek zniknął.