Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Bracia rywale.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie sobie przyswoił Matłachiewicz, bo mu tu wygodniejby było i przyzwoiciej, ale nie chciał być tak bardzo na oku. Wolał więc od tyłu, gdzie osobny wchód miała izdebka mniejsza, zajmować ją. A nie wiele i w niej gościł, bo jeśli nie w kościele, najczęściej był na mieście, u znajomych, albo i w szynku. Wikaryuszowskie mieszkanie, dwie izby, stało niemal puste, na różne służąc użytki. Bywało, że tam i gościa, gdy się trafił — ulokowano.
Na folwarku mieściła się klucznica stara, miał izbę Mamert, a kąt jakiś Bartoch. Ten jednak niekiedy się przespał w szpitalu, czasem na dworze — bywało że u żyda w szabas, bo go i tam do światła najmowano. Ani pościeli, ani schronienia stałego nie miał.
Taki był skład dworu ks. Paczury, gdy mu na chłopskim wózku, spłakana klucznica, przywiozła dwóch chłopaków, prawie równego wzrostu, żółtych, chudych, z najeżonemi głowami. Byli to synowcowie jego: — Wacek i Wicek. Biedne dzieci głodne, wystraszone, spłakane, zziębłe, stanęły u progu, w odartych kaftanach i drżały...
Spodziewał się ich już ks. proboszcz, ale w pierwszej chwili, ujrzawszy tak strasznie zbiedzonych, wylękłych, zmizerowanych, łzy mu się w oczach zakręciły. Kazano im w rękę całować i do nóg stryjowi padać — nie dopuścił do tego i obu wyściskał, a słowa jakoś zrazu wyrzec nie mógł. Dopiero nie rychło tchnął i uśmiechając się zawołał:
— Niech będzie Bogu chwała! Nauczy się to ministrantury i do mszy będzie służyć, aż miło!!
Pierwsza mu myśl przyszła o tej służbie Bożej.
Na folwarku, jak tylko dojrzano, że się wóz zatrzymał przed bramą i chłopców poprowadzono na probostwo — zbiegło się przez ciekawość, co żyło. Najprzód nadeszła, może najwięcej interesowana Magdalena klucznica, dla której nowy ciężar przybywający, dostarczał do gderania i narzekań obfitego materyału. Z załamanemi rękami już przez sień kroczyła. Dążył