Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Bracia rywale.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



I.

Dawno to już temu, na probostwie w Borusławicach, w Lubelskiem, (na mappie ich nie szukajcie) — siedział ks. Celestyn Paczura. Nie wiem, jak tam dziś jest, wówczas było to sobie, ot — miasteczko, jakich u nas wiele. Kościół pod inwokacyą Św. Floryana, patrona od ognia, murowany, sięgał piętnastego wieku, choć w późniejszych kilka razy był przerabiany, czego ślady na nim zostały. Plebania też, szpital przy niej i szkółka, wszystko było murowane i stare. Z Firlejowskiego jeszcze nadania do probostwa należały znaczne grunta, łąki i lasu kawałek, które dobry folwarczek składały, ale że na to nikt nie łożył, a szło zawsze dzierżawą, nie wiele z tego mieć było można.
Ks. Celestyn Paczura, który od wikaryusza tu siedział, a teraz był proboszczem, człowiek dobroci osobliwej, spokojny na podziw, serdeczny, a można było rzecz, że nieprzyjaciela nie znał. Naówczas musiał mieć lat pięćdziesiąt i kilka.
Jak kościół za starym cmentarzem, tak i probostwo za swemi zabudowaniami, nieco było za miasteczko wysunięte. Droga tędy wielka prowadziła do Lublina; kilka mizernych domków za kościołem jeszcze stało nad nią, ale życie miejskie skupiało się głębiej około rynku.
Około probostwa cicho było i spokojnie, chyba gdy na targ tygodniowy, albo na cztery doroczne jar-