Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dociągnęliśmy naostatek do miasta, jak dziś pamiętam rankiem pogodnym. Wrota murowane jak do twierdzy — straż przy nich miejska, cale porządnie uzbrojona. Tuśmy wszakże musieli przystanąć — bo właśnie oddział dragonów wychodził precz.
Patrzę przyglądając się im, i poznaję Żerebskiego starego namiestnika, któregom znał z wojen za króla Jana.
— Czołem, panu Namiestnikowi! zawołałem.
Zdziwiony stary stanął wąsa pokręcając.
— A wy tu co robicie? zapytał.
— Przybywam gdzie i drudzy — rzekłem — nowemu królowi służyć. Pewnie w pole Conti wyciąga?
Żerebski się przeżegnał oglądając.
— A no w czaseście się wybrali odparł, francuz nam komplementów naprawił siła, ale go już niema. Zawinął się, siadł na okręt na którym przybył i żegluje już z powrotem, nas w saku pozostawiwszy!.
Aż po mnie ciarki poszły. W tem stary namiestnik pokłonił mi się i daléj ruszał.
— Jedźcie do miasta — doniesie się resztę.
W mieście zastaliśmy rumor wielki, poruszenie — bieganinę. Zaraz w pierwszym rynku, na dworzanina biskupa Załuskiego natknąłem się.
— Jesteście tu? przywitałem go z radością.
— Jesteśmy — to jest — byliśmy — odparł zagadnięty dziś lub jutro napowrót do Warszawy się wybieramy, niema tu już co robić, Francuz na okręt wsiadł i uszedł.
Spojrzałem na Morawca — a co?.
Jechaliśmy do gospody. Pełne były niemal wszystkie przybyłych na powitanie nowego króla, który gdy się rozpatrzył że gotowéj armij na rozkazy, niema,