Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/360

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niepokój szczepić, grzeszna sprawa. Pojedziemy się rozpatrzeć z czem ten Conti przybywa i kto z nim idzie.
Morawiec na upartego mi dowodził — z tego co słyszał że Senatorowie zewsząd z wojskami nadwornemi i nowemi zaciągami pod Gdańsk pospieszali. Szwagier i siostra na żaden sposób puszczać mnie nie chcieli, alem ich uspokoiwszy, wyruszył z Morawcem.
Z kopyta poszło zrazu bardzo ostro a spiesznie, po drodze języka dostając — który tak sprzeczny był, że się z niego nic nauczyć nie mogliśmy.
Co godzina to nowina. Jedni twierdzili, z imprezy téj nie będzie nic — Sasi do kraju weszli, król ukoronowany, panowie akcessa robią ciągle, łączą się z wybranym, Prymas nawet zmiękł. Drudzy mówili — Sasa z ramienia rakuskiego nikt nikt nie chce znać, do Contiego i francuzów garnie się wszystko.
Conti hetman wielki — godzien być Sobieskiego następcą. Słyszeliśmy że już przy nim byli Załuski, Kątski, Leszczyńscy, Potoccy i innych wielu. Przepowiadano że byle się Conti ruszył z pod Gdańska — wymiecie Sasów i śladu po nich nie zostanie. Przypominano Maksymiljana, i t. p.
Wszystko to tak różnie brzmiało — żeśmy musieli dotrzeć aż do miejsca dla sprawdzenia. Mnie też i tego miasta — któregom nie znał, a wiele o nim słyszałem, ciekawość brała.
Jechaliśmy spiesząc — co koni stało. Dziwiło nas tylko iż owych wojsk — o których rozpowiadano — że się zewsząd ściągały, nigdzieśmy po drogach nie spotkali. Szlachty też, ochotnika bardzo mało.