Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/351

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Więcéj niż szwagra Jakuba? — zapytałem.
— Co Cesarzowi po takim szwagrze, — wtrącił Suski — który kosztować go może, a nic nie przyniesie? Ojcowie też Jezuici coś znaczą, a oni tego kandydata prowadzą i protegują. Zatem niema nam co się darmo zżymać i rzucać, a warcholić, pójdziemy gdzie nam wskażą, niema rady.
Wszystkim się nam smutno zrobiło, nie żebyśmy tak po Jakubie płakali — ale ten siłacz, z pozwoleniem moczymorda, rozpustnik sławny, o którym sobie rozpowiadano takie rzeczy, jakich by się największym hultajom sromać należało — na nasz tron zdał się nam wcale nie pożądanym.
Nie kryliśmy się z tem że nam ów do smaku nie przypadał, — Suski stronę jego trzymał dowodząc, że gdy Sasi się z nami połączą, łatwo Kamieniec i inne awulsa odzyskamy, wojsko porządne wystawim, przyjdziemy do ładu i do siły...
— A przytem i to nie do pogardzenia, — dodał świstak — że się rzeczpospolita wesoło zabawiać będzie, bo August jedyny jest do urządzania festynów, maszkar, balów, widowisk teatralnych, a myśliwca nad niego niema lepszego i z oszczepem na zwierza idzie jak na igraszkę..
Jak nam potem począł pleść znowu o sztabach żelaznych, które Sas jak wstążki zwijał, o wychylanych puharach, które w ręku dusił, o szaleństwach bezwstydnych z kobietami, o nadzwyczajnéj dworu wspaniałości — o turniejach, festynach, zamiast gustu nam dodać do niego — do reszty go zmierził. Gdzież było porównać tego jakiegoś sztukmistrza i kuglarza do naszego Jana, idącego w imie Boże, pod chorągwią