Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


iż naostatek sprzykrzyła sobie stan wdowi i chciała się wydać za mnie, a jam podziękował.
— Masz rozum — zamruczał król.
— Prosiłbym tylko N. Pana, dodałem, aby temu co przeciwko mnie będzie donoszornem, nie dawał wiary.
— Bądź spokojny. Znam tę starą intrygantkę.
Na tem się dzięki Bogu, skończyło.
Zaraz potem musiałem pobieżeć do domu — bo mi o ciężkiéj chorobie matki siostra znać dała.
Biegłem ani siebie ani konia nie szczędząc na gwałt — bo miałem aprehensję wielką, czy ją przy życiu zastanę — siostra mi bowiem donosiła iż ostatnie sakramenta z rąk Michała przyjęła.
Z bijącem i ściśnionem sercem, dobiłem się nareszcie do domu, nie śmiejąc pytać gdy mnie w progu siostra spotkała.
— Chwalić Boga odezwała się ściskając mnie — matka żyje jeszcze, a ciągle się o ciebie dopytywała i dopytuje.
Przed chwilą z jéj ust słyszałem iż ciebie tylko co nie widać.
Chodź.
Wprost jak stałem szedłem z nią do matki. Siedziała biedna — wymizerowana i blada w łóżku — ostawiona poduszkami do koła. Zobaczywszy mnie — podniosła ręce drżące i gdym ukląkł przed nią, chwyciła za głowę.
Poczęła płakać z radości wielkiéj, ale mówić już prawie nie mogła, tak była osłabioną. Błogosławiła tylko mnie i nas wszystkich, rozweselona, z twarzą pogodną — żegnając się z nami, zalecając miłość i zgodę.