Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niemożliwa to jest rzecz — odezwałem się.
Rozmowa na tem się urwała.
Musiała zaraz w żart obrócić swą propozycję — oświadczając że mnie tylko probować chciała. Od tego dnia rozbrat wiekuisty pomiędzy nami się począł i zyskałem w niéj nieprzyjaciółkę skuteczną — zabiegającą na wszelki sposób aby mi zaszkodzić mogła. U królowéj więc naprzód postarała się aby mnie jako jéj nieprzyjaciela — całkiem oddanego królewiczowi Jakubowi odmalować. Zrobiła mnie donosicielem, króla podszczuwającym i wielce szkodliwym interesom jejmości.
Postrzegłem to rychło, bo królowa co była dla mnie obojętną, poczęła się okazywać pogardliwą i widocznie mi niechętną.
Król po kilku dniach, zrana mnie spytał.
— Cóż to waszmość królowéj przewinił i naraził się.
— Jako żywo, N. Panie — nie uchybiłem w niczem, ani to było w myśli mojéj.
— Nie poczuwasz się — ale cóś jest? zapytał. Zrób no rachunek sumienia. Ja ci mówię — musiałeś coś zawinić.
— Bóg widzi że się do tego przyznać nie mogę — odezwałem się, ale originem téj niełaski łatwo się domyślam.
— Cóż to jest? pytał daléj.
— Boncourowa na mnie zagniewana, odparłem — i stara się mi tem dokuczyć.
— Zawsze ta dawna miłość! rozśmiał się król.
— N. Panie — ciągnąłem daléj — cała rzecz w tem