Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niewola namiętność — powtarzał — a kto się jéj raz da obuzdać, już go nie puści aż do zgonu.
Mówił to sam o sobie... chociaż, mnie się zdawało że wielka ta miłość dla wszystkich śliczności Marysieńki bardzo już była osłabła — królowa hoża, była jeszcze ale po pięćdziesięciu leciech, przy największem staraniu o zachowanie świeżości i piękności, kosmetykach, smarowaniach, bielidłach i barwiczkach... młodości przywrócić nie było sposobu...
Królowi na Rusi było jakoś najlepiéj i najswobodniéj, czuł się tu w domu, i rad przesiadywał, ale i to go tu trzymało, że z Kamieńca oczów nie spuszczał. Nic już więcéj nie pragnął nad to aby go mógł odzyskać
Królowa zaś, choć nie z przywiązania ale z interesu rada go była do Warszawy i Wilanowa wyprawić, zapobiegając temu żeby się już na nowe wyprawy nie puszczał. Obawiała się bowiem zgonu jego, wiedząc jakie on mógł i musiał sprowadzić zamięszanie.
Szło jéj o to aby Jakuba jako narodzonego za Marszałkowstwa Sobieskiego od tronu wyłączyć, a Aleksandra w miejsce jego postawić, który był synem królewskim, o czem król słuchać nie chciał. Kochał on wszystkie swe dzieci równo, ale dla Jakuba miał najwięcéj słabości, bo go widział pokrzywdzonym...
Królowa się nie kryła z tem, że go nie cierpiała, a i on też w końcu ostykł dla matki, z Aleksandrem prawie się nie spotykał, tylko gdy musieli oba się stawić na pokojach.
Myśmy wypocząwszy tego roku w Żółkwi, pojechali do Lwowa, gdzie przez kilka tygodni król wypoczywał, ciągle tłumem szlachty i panów otoczony.