Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż ty, stary — zapytał mnie śmiejąc się — nie myślisz się żenić! a jużby ci czas.
— Ochoty nie mam, rzekłem.
— O! o! tak rozumny jesteś? odparł, a też Boncourowa?
— Właśnie mi ta do małżeństwa dysgust taki sprawia — mówiłem śmiało. Piękność jéj po dziś dzień mnie czaruje, ale co potem, kiedy serca niema — a płocha nad wyraz..
— Ale nie wszystkie się w nią wdały — rzekł król mógłbyś sobie znaleść inną.
— N. panie, odezwałem się śmiało — do innéj serca niemam, a ta którą wybrałem serca nie warta. Nie pozostaje mi więc ino.
— Cóż! chcesz kapucynem zostać? — rozśmiał się. Wiesz że dla tych moich najulubieńszych dzieci Św. Franciszka budują klasztor w Warszawie. Chcesz tam być pierwszym brodatym mnichem polskim?... hę?
— N. Panie — na zakonnika ja się też nie czuję powołanym. Brata już mam u OO. Jezuitów...
— Wiem.
— Dosyć będzie jednego — dodałem...
— Wielki rozum masz — rzekł po namyśle Sobieski, ale przecież końca nie widzę. Starym kawalerem zostać nie dobra rzecz. Wprawdzie Polanowscy przez to nie wygasną, bo was dosyć jest, ale co na starość sam robić będziesz?
— Bóg wie, czy ja jéj dożyję — N. Panie — odrzekłem.
Na tem się skończyło, ale król mnie zawsze potem rozumnym zwał i tłumaczył to wszystkiem tem żem kochając się w płochéj kobiecie, namiętności nie uległ.