Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dził duchownych i światłych ludzi, najczęściéj cudzoziemców. Tu rozprawiając o nieśmiertelności duszy, o końcu człowieka, o religji, obyczajach, o nowych wynalazkach, których był nadzwyszaj ciekawym i chciwym — zapomniał co przecierpiał, aby nazajutrz znowu pod toż samo jarzmo powrócić.
Chociaż ciągle mając go na oczach, nam domownikom mniéj się może dawało czuć powolne starzenie się i ociężałość — wszelako i my nawet widzieliśmy go coraz częściéj cierpiącym.
Troska o rodzinę, niesnaski z żoną, polityczne zabiegi, które nieustannie go otaczały w ostatku gotująca się walka między synami, którą królowa podsycała swą niechęcią dla Jakuba a pieszczotami Aleksandra i Konstantego — nawet tak świętéj cierpliwości człowieka w końcu złamać musiały, tracił wiarę w ludzi i ochotę do życia, czuł że swéj woli nie mogąc mieć teraz, po zgonie spełnienia jéj spodziewać się nie może...
Bolał więc i drętwiał tak w oczach naszych powoli.
Bywało też żem sypiając z Morawcem obok niego, pierwszego przechodzącego widział gdy się obudził. Nogi mu już często brzęknąć poczynały, owa blizna jeszcze pod Beresteczkiem otrzymanéj rany przypominała się, gdziekolwiek dawniéj stłuczenia miał na ciele teraz się odzywały łamaniem w kościach. Naprzód więc z francuzem sługą razem i felczerem musiał mieć do czynienia. Potem dopiero z odzieżą myśmy przystępowali. Naówczas często rozmowami nas zabawiał i wypytywał. Pomnę raz w Żółkwi, sam byłem przy nim, bo Morawca do ogrodu posłał po owoce.