Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pokazali się nam po raz pierwszy tatarowie, i tu dopiero się rozpoczęła taka heca, na którą patrzeć było a dziwować się tylko, a kto tam był nigdy jéj nie zapomni. Szli naprzód tatarowie po jednéj stronie rzeki, my z drugiéj, krok w krok za nami, ale prawie nas nie śmiejąc zaczepiać, tylko hałaśliwemi krzyki i wrzaski. Potem przeprawili się na naszą stronę, trzymając zdaleka.
Między naszem kozactwem a ciurami i niemi poczęła się nieustanna szermierka. Nieupłynęło godzin kilka żebyśmy języka nie dostawali.
Zasadzano się w wąwozach po nad rzeką na Tatarów, po zaroślach, po dołach i chwytano ich ciągle.
Tatarowie żeby nam utrudnić pochód, zapalali suche trawy, które płonęły jak słoma. Wiatr niósł zwęglone badyle, popioły, czarny proch, a że żołnierz był dla okrutnego gorąca ciągle w potach, a sadze te na nas osiadały, wyglądali wszyscy jak murzyni. Króla nie było można poznać, ale śmiał się spluwając. Co było robić, królewicz Jakub — który nam towarzyszył wraz z garstką francuzów i kozakami puszczał się bardzo zuchwale na tatarów — tak że pokilkakroć był w srogiem niebezpieczeństwie, ale mężnie sobie poczynał.
Daléj już i tureckie wojsko i obozy z działami wystąpiły, ale ciągle się trzymali po drugiéj stracie ręki, do któréj dostać się dla napojenia koni było trudno bez strzelania i krwi przelewu. W pustyni téj którąśmy przebywali krom ogórków i kawonów żadnego posiłku nie mieliśmy, ale z tych tylko biegunka i śmiertelność rosła.
Pomimo trudności pochodu i ciągłéj czujności dniem