Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do królowéj ciągnęła, która też niespokojna wielce, aby co rychléj panowanie odzyskać pośpieszyć była gotową naprzeciw nas choćby na Sącz — gdy król JMość na Czorsztyn i Nowy-Targ, chociaż dalszą nieco radził.
Mnie z Lubowli król z wozami do Czorsztyna wysłał, zkąd część powierzonych rzeczy miałem nie czekając odprowadzić do Krakowa.
Tak tedy, po niemal cztero miesięcznéj służbie, która mi się tem opłaciła, żem na moje oczy oglądał, o czem drudzy ze słuchów, pojęcia mieć nie mogli nawet — powróciłem w Grudniu do Krakowa, pozwolenie mając królewskie, abym na Gody dobiegł do matki, czego mi się żywnie pragnęło.
W Krakowie już nie pierwszy stanąłem, bo mnie tu dezerterów i powracających z dozwoleniem i bez wiadomości królewskiéj — poprzedziło bardzo wielu — uie oblegano mnie więc tak dalece — a jam ciekawszy był tego co tu zastanę, niż ci co mnie tu witali, tego com z sobą przynosił. Od Ostrzygonia bowiem, jeżeli nie wcześniéj, bardzo wielu samopas się do granicy przedzierało, a im bliżéj Lubowli byliśmy, tem uchodzących liczba się pomnażała.
Szaniawskiego mojego, który volens nolens, musiał pozostać tu, znalazłem wielce radosnego że mnie żywym widział, bo mu różnie donoszono... Oprócz niego, Kraków był pełen starych znajomych i nowych z wyprawy téj, a tum się mógł przekonać dopiero, co to się z prawdą w ludzkich ustach dzieje i jak te same rzeczy, na które wiele oczów patrzy, każdemu się mogą wydawać inaczéj. Cóżto mi się nasłuchać przyszło o tych bitwach i pochodach, przy których byłem, które