Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nam Cesarza, aż wreszcie król, już i tak zniechęcony bo nam najmniejszéj rzeczy nie ułatwiono, a starano się dziwną okazywać niechęć, podkanclerzego pozostawił z jedną chorogwią dla Cesarza, a sam odstąpił z pod murów i byliśmy już we dwie mile, gdy Gałecki o północy nas nagnał od Grafa Szafgotscha, z naleganiem usilnem, aby król sam z Cesarzem J. Mością rozmówić się raczył, a nie przez podkanclerzego i t. d.
Nadbiegł i sam Szafgotsch z tłumaczeniem, zakłopotany jakiś, niewyrażając się jasno o co chodziło — ale dając poznać z siebie iż coś im dolegało z czem się nie umieli jasno wygadać.
Król nasz w całéj téj imprezie okazał się tak wyniosłym umysłem wyższy nad Cesarskie sługi i ceremonij mistrzów, ba i nad samego Leopolda — że z dumą na niego spoglądaliśmy.
Szafgotschowi wręcz rzekł.
— Mówcie jasno, o co wam tam chodzi, pewnie o jakąś ceremonją dworską — kędy i jak się spotykać mamy, stać i kłaniać.
Tedy Graf przyznał się, iż Cesarz boleje nad tem wielce — że królowi prawéj ręki dać nie może, gdyż Elektorowie Rzeczy i t. d.
Śmiał się pan nasz.
— Ani prawéj ani lewej nie potrzebuję, odparł chłodno. Gdy się Cesarz zbliży do wojsk moich, z któremi ja ciągnąć będę, wyjadę naprzeciw niego i pozdrowię go kilku słowy, — na tem koniec będzie, bo mi pilno za nieprzyjacielem.
Patrzyliśmy na to spotkanie. Król świetnym pocztem, w gronie Senatorów, z Hetmanami, z całą pompą