Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było można. Zbłądziłem też nieraz i ledwiem potem się mógł zorjentować.
Dopierom w dolinie króla dognał — ale gdy już znowu konia dosiadł.
Gdyśmy przekop przebywali niecnota janczar, niewiedzieć zkąd kulą mnie poczęstował, aby się sprawdziło że nigdym całym wyjść nie mógł.
Oprócz mnie z orszaku nikt raniony nie był — a kula snadź umyślnie dla mnie przeznaczona — tu nagnała, siły już nie mając — bo mi kaftan tylko na ręku zdrapała i skóry trochę zniosła, utkwiwszy w rękawie, tak żem ją potem wyjąwszy mógł zachować na pamiątkę dnia tego.
Rana była śmiechu warta tylko, ano bez krwi się nie obeszło.
Miałem króla na oku od tego momentu — gdy przekop przebywszy do namiotów zdążał, znużony wielce zdyszany, za synem się tylko oglądający — ale takiego oblicza jasnego a majestatycznego jakem u niego rzadko widział.
Usta mu się ciągle poruszały jakby modlitwą. O zwycięztwo nie było już co pytać — bośmy w obozie nieprzyjacielskim byli — więc tylko o swoich, których nie widział około siebie ciągle się dowiadywał, o kawalera Maligny, o Hetmanów, o swoich ulubionych. Matczyński go przez cały czas na krok nie odstępował.
Królewicz też można mu oddać tę sprawiedliwość w ogniu się okazał bardzo statecznym. Na ojca patrzał i skinienia jego słuchał.
Ledwie się przy namiotach zatrzymaliśmy — gdy z różnych stron nadbiegać zaczęli dowódzcy, winszując, okrzykując. Saski Elektor się rzucił w ramiona