Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


okupioną zawczasu, czemu nie wierzę, bo na tatarów król złota nie potrzebował — słowa jego dosyć było.
Z tego co się człowiek późniéj nasłuchał i napatrzył, księgi by całe o tym jednym dniu spisywać można, ale i tak wszystkiego razem cośmy czuli i widzieli naówczas zebrać niepodobna.
O godzinie szóstéj, król pierwszy do namiotów Wezyrskich się dostał, pomimo że janczarowie jeszcze ognia przeciwko niemu dawali i natychmiast straże postawić kazał — aby się nikt nie ważył nic tknąć i żadnego łupu brać obiecując nazajutrz wojsku ukontentowanie.
Sam los tak dał i postanowił iż królowi naszemu dostały się niezmierne bogactwa po Kara-Mustafie, który tu z przepychem i okazałością monarchy — ze skarbami niezliczonemi rozposażył się zawczasu jak zwyciężca. Było to razem i szczęście wielkie i wielkie nieszczęście dla nas, jak niżéj powiem.
O sobie, jakom ten pamiętny dzień życia mojego spędził, nie godzi mi się prawie wspominać. Byłem właśnie jako ziarno piasku wśród téj burzy. Od początku dnia — wedle przykazu króla, starałem się trzymać około niego w pobliżu, — niosąc kubek, flaszkę z wodą i z winem, chleba kawałek i wędliny. Ale wszystkiego tego aż do nocy nikt nie tknął, a mnie choć zrazu od skwaru wargi się spaliły, anim pomyślał o napoju. Podążałem też za królem o ile mi koń i miejsce pozwalało — ale razy kilka się zdarzyło żem w tyle pozostać musiał, a doganiać nie było łatwo — oczyma szukałem ciągle skrzydła orlego i buńczuków a i te za proporcami ussarzów nie zawsze dostrzedz