Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


plan i zamiast uderzenia nagłego i prędkiego powoli się skradać, podchodzić, naciskać.
Szczęściem turcy, jak to już widać, obozu nie okopali, stał otworem — ani go podobieństwem było obwarować, taką rozciągłość miał wielką. Komendant Wiedeński Starenberg już o przybyciu odsieczy zawiadomiony — racami nas wypuszczonemi nocą pozdrowił.
Wojsko nasze stało w szerz dobre pół mili zalegając w górach i lasach, na prawem skrzydle — król na samym skraju nocował przy piechotach — zkąd obóz caluteczki turków widać było, a w nocy huk dział ustawiczny oka zmrużyć nie dawał.
Bóg wiedział co nas tu czekało, ale że na to patrzeć — nie każdemu się w życiu dostało i że rozkosz to wielka widzieć ten kraj, gród, te namioty jako grzyby, te ogniste nocą po niebiosach wstęgi, te dymy kłębiące się nad wieżami i całe niezmierzone owo spectaculum, gdyby sen wielkie i dziwne — to pewna. Panu Bogu dziękowałem że mi się to dostało, trudu nie lutując jaki poniosłem. Oczy się nie napatrzyły, uszy nasłuchać nie mogły, bo i one miały co chwytać.
Gdy wiatr, którego my tu na górach mamy podostatkiem mieliśmy, — wionął na nas, a przyniósł razem huk tych dział — odgłos daleki dzwonów, ryk wielbłądów, rżenie koni, mruczenie obozowe, chrzęst — brzęk — aż mrowie przechodziło po człowieku.
Żadna by muzyka tak do głębin duszy nie przemawiała. Trwoga ogarniała jakaś i podziw. A rodziło się pytanie co Bóg z nami uczynić zechce — bo tu już żaden rozum ludzki nic nie mógł obrachować.
Jeżeli się nie mylę, król nasz na tatarów wezyr-