Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Król wszystkie wozy swoje — które prowianty — sprzęty, namioty lepsze i łopaty wiozły, musiał oprócz niezbędnych kilku — pozostawić za sobą nad Dunajem w miejscu — jak się zdawało dosyć bezpiecznem. Patrzyłem na to z podziwieniem i admiracją jak się bez wszystkiego obchodził wesoło, na nic nie utyskując. Kazałem za nim wozić na siodle materacyk lekki — aby potrzebując spocząć, na gołéj ziemi nie legał — ale rzadko na niego czekał.
Turecka nieopatrzność czy z woli Bożéj zaślepienie dla nas niepojęte były. Nasza dragonja i kozacy podkradali się pod nich — bydło im zabierali — ludzi chwytali, wszystko to było na rachunek inny, a o nas jakby nie wiedzieli.
Przez parę dni byliśmy z królem bez wojska, które nadążyć nie mogło z takim pośpiechem — a król pozycją chciał oglądać.
Tu dopiero okazała się decepcja wielka — straszna, która w początku naszego pana do rozpaczy prawie przywiodła — bo na wszystkich kartach i planach stało iż wszedłszy na Kalenberg ztąd już pod miasto żadnéj trudności ani zawady nie napotkamy. Tymczasem zamiast winnic — jakiemi góra mierna okrytą być miała — gdyśmy stanęli na wyżynie ujrzeliśmy u stóp naszych obóz turecki ogromny — rozłożony jak miasto nieprzejrzane, daléj Wiedeń nim opasany jak na dłoni i po za nim przestrzeń na mil kilkanaście, ale w prawo, cośmy się pola spodziewali, las gęsty, przepaście i straszliwa stroma wyniosłość.
Książe Lotaryngski pytany przyznał to iż się na mapach zawiódł, królowi zaś teraz przyszło zmienić