Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że się wojsk w tych górach i lasach nie spodziewał, powtóre że w króla do ostatka nie wierzył.
Złączył się z nami Elektor Bawarski, młody jeszcze, z twarzy niczego, nieszpetny, prezencja lepsza niż Saskiego i około niego też czyściéj a wytworniéj, konie piękne, ale dworu żadnego tak jak niewidać było. Ten z królewiczem Jakubem się zapoznawszy, poufale do niego przystał i w komitywie najlepszéj, czemu nasz pan rad, przyjmował go wielce życzliwie.
Obaj Elektorowie — którzy się zrazu trochę opodal od króla trzymali, teraz gdy już nieprzyjaciel blizko był — stawili się po kilka razy na dzień, parol odbierali, dopytywali sami o rozkazy, akomodowali się chętnie.
Król wczoraj mówił z widoczną radością.
— Kapitan najprostszy niemógłby być posłuszniejszym od nich i dla tego możemy, przy łasce Bożéj, spodziewać się dobrego końca... lubo nie bez mozołu, bo inaczéj i gorzéj rzeczy tu stoją aniżeli nas informowano.
Com wyżéj pisał o przeprawach górami do Kalenbergu, ani dać może wyobrażenia o tem co wojsko i my ucierpieliśmy. Miejscami nie iść — nie jechać — ale się wprost trzeba było drapać na strome wyniosłości bez drogi wszelkiéj, a wymyte deszczami wąwozy przepaścisto przebywając, często kozom nóg zazdrościliśmy — bo nasze do takich przepraw nie były stworzone.
Wszakże z pomocą Bożą jakoś, bez wielkich strat i szwanków dobiliśmy się już tu — gdzie po nad tureckim obozem niewidzialni stanęliśmy. Narady ciągłe trwały dniem i nocą, gdzie kogo postawić.