Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi Boże, — bo skały, kamień, i przez strumienie powyrywane doły bardzo ją utrudniały, tak że późną nocą ledwieśmy się do noclegu naznaczonego dobili, konie znużywszy, a i około wozów szkoda téż była, bo wiele ich nie wytrzymało...
Tu już nas ów obiecany cesarski Schafgotsch oczekiwał. Nie wiem jak się tam z królem JMością rozmówił i czy z niego rad był, alem to postrzegł, że król się zmarszczył, — zdumniał i odprawił go wcale nie uprzejmie, tak że domyśleć się było można iż poseł ów w czemś uchybić musiał i naukę dostał. Był to początek tych nieprzyjemności, które nam duma i dziwne wyobrażenia cesarskiéj rady gotowały w przyszłości.
Ale Sobieski wszystko to przeczuwał, i jak należało, dawał odprawę.
Odjechał graf ów dosyć nosa opuściwszy, bo co chciał nauki dawać, sam pono dobrą dostał.
Słyszałem jak się król i zżymał i oburzał na to...
Nazajutrz, ciągle pospieszając, przyszło nam jeszcze niemal do południa przez te góry ciągnąć, a daléj ku Ołomuńcowi — równina się piękna roztoczyła przed nami.
Król się okrutnie męczył, bo go po drodze witano uroczyście, więc też dla mów i przyjęć musiał się odziewać paradnie, konia mieniać, występować — ale za to nasłuchał się salwatorów — i pochwał a błogosławieństw do syta.
Toż samo czekało nas w Ołomuńcu od Jezuitów i duchowieństwa. Król aby uniknąć fatygi, jaką mu to sprawiało, domagał się aby za miastem naznaczono kwatery, tymczasem nieposłuchano go i dano ją w ka-