Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Krakowa i tam przez cały czas wyprawy pozostać, aby mieć częstsze i pewniejsze wiadomości.
W Tarnowskich górach, jużeśmy po pierwszéj próbie mieli doświadczenie czem to będzie dalszy pochód w kraju obcym i nieznanym, z ludźmi do takich wypraw nie nawykłemi. Ja co miałem sobie dozór zwierzony nad częścią wozów i osobistych króla sprzętów, oręża, szat, — nie mogłem sobie rady dać. Jak mi się nasi woźnice zaczęli żegnać w Krakowie, a potem opóźniać w drodze, koła i osie łamać, pakunki ginąć, myślałem że głowę stracę, nim ład i porządek zaprowadzę.
Lecz, mniejsza o to... de minimis nie było się tu co troszczyć... Patrzyłem na króla, królowę, familją, przyjaciół i domowników. Uroczyste to były godziny, szczególniéj dla naszego pana, który w istocie wyglądał jako wysłaniec Boży, jako rycerz chrześciański, obrońca chrześciaństwa.
Zdał się to czuć taką miał powagę wielką i majestat na obliczu, tak każde jego słowo tchnęło jakiemś namaszczeniem.
W ludziach widać było pewną trwogę, królowa, Boże mi przepuść, nie z miłości dla małżonka, ale z obawy o los własny, drżała i płakała bez przerwy prawie. Z otaczających króla znaczniejsza część, jak stolnik Polanowski miała strach w sercu i mało ufności w sukcess.. W królu widziałem jedną tylko troskę aby nic nie zabrakło co mieć potrzebował, zresztą szedł z taką w Bogu ufnością — tak pewien siebie — iż drugim dodawał otuchy.
Gdyby też on o najmniejszéj rzeczy niepamiętał, jak to wyżéj pisałem o włóczniach — niewiem ktoby