Strona:Iliada3.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Jużeś z woyny? mówi mu, bodaybyś był wiecznéy
Stamtąd pełen niesławy, od ręki walecznéy
Nie uszedł, padłszy tamże przy nogach rycerza,
Z którym spoił ślubnego mię węzeł przymierza?
Gdzież meztwo? coś wyieżdzał z niém, gdzie siła owa?
Przed którąś głosił, niech się Menelaus schowa?
Wyzwiy, póydź ieszcze na plac, ale nic ci potém,
W niebezpieczeństwie iawném ślepo grać żywotem.„
„Dosyć, odpowie Parys, i tak serce w prasie,
Jeszcze nad niém twych żądeł nielitość się pasie.
Wygrał dziś Menelaus, od Minerwy wsparty,
Mam i ia bogów, będzie wzamian i on starty.
Lecz słodką niepamięcią, miłość niech to zatrze,
Teraz na twą, iak nigdy, płeć wdzięcznieyszą patrzę.
Mnieysze mię wtedy serca pochopy uniosły,
Gdym cię tak śliczną zdobycz z Sparty uniósł wiosły,
Na wyspę, kędy nasze serca się skoiarzą.„
Tu Helenę te słowa gorzéy ognia sparzą,
Spuszcza z owéy żwawości, nagle gniew w niéy taie,
I na żądze Parysa niezbronną się staie.
Gdy z sobą krotofilą, wpadłszy w słodkie łyka,
Tym czasem Menelaus szuka przeciwnika.
Właśnie po puszczy chciwy lew obłowu ryczy,
Nie mogąc dostać, którą upuścił zdobyczy,
Woła o prędkie sobie Parysa wydanie:
Brzydząc się nim, radziby wydać go Troianie.