Strona:Iliada3.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pysznym głowa wzdyma się szyszakiem okryta,
Na wierzchu wzwyż wyniosła igra z wiatrem kita.
Jednę oszczep ciężarem rękę mu obarcza,
W drugiéy blask nadal ciska polerowna tarcza.
W większym ieszcze zapale, który gniew zagrzewa,
Spartański téż bohatyr w zbroię się przywdziewa.
Dwóch przeciwników, skra im z oczu wyskakuie,
Jedną razą na placu wraz się ukazuie;
Jeden przeciw drugiemu krocząc strasznym grozi
Oszczepem w ręku: Greków z Troiany strach mrozi.
Piérwszy Parys wyrzuci oszczep i uprzedzi,
Trafia w tarcz Menelaa, pryśnie grot od miedzi,
Z wierzchu ią tylko rażąc. Menelaus, mściwa
Nim ręka pchnie kopiią, tak Jowisza wzywa:
„Oycze bogów! pomściy się nad tym napaśnikiem,
Uderz dzisiay o ziemię zdraycą Troiańczykiem,
Przyiaźń iak święte imię, na późne prawnuki
Jak święte i gościnność, niech daie nauki.„
Z ust słowa, z ręki pocisk leci, i przeszywa
Tarcz Parysa, wraz kirys który go okrywa,
I tylko boku o włos nie dosiągł szkaradnie,
Lecz się Parys uchyli i śmierci ukradnie.
Sunie się Menelaus wtém na Troianina,
Swoią iuż go nadzieią na połeć rozcina.
Gdy z całego ramienia w zapale uderzy
W szyszak mieczem, żelazo w kęsy się rozpierzy.