Strona:Iliada3.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Sprawcie to nieśmiertelni bogowie! by dziecię
To, które w ręku teraz oycowskich widzicie,
Sprawcie, by oyca doszedł silą piastowany
Syn ten, i wszystkie przeszedł dzielnością Troiany.
By zwycięztwa odnosił z sławą z każdéy strony,
By, gdy będzie powracał łupem obciążony,
Mówiono, skazując go: syn Hektora oto!
Oyciec był mężnym, on go przeszedł ieszcze cnotą.
By chwalą iego w całéy Troi głośno brzmiała,
A matka się z radości, z pociech rozpływała.„
I w tych słowach, któremi serce mu się kraie,
Dziecię na ręce swoiéy małżonki oddaie.
Ta, co wzdycha za synem w boiaźni, w nadziei,
Bierze go; w jednéy mieszcząc płacz, radość, kolei.
Hektor, co w niéy miłości téy troskliwéy zbytek
Widzi, cieszyć ią pocznie, sam w żałości wszytek:
„Ach! iuż mię nie trap żalem, płaczem swym nie draźnij,
Przestań się trwożyć, porzuć te próżne boiaźni.
Żaden, by główny iunak, nie wydrze mi życie,
Jeżeli się opiera wyrok temu skrycie.
Jeśli zaś los okrutny gotuie mi łoże
W ziemi, nic dni mych przeciąg przedłużyć nie może.
Przeto się do kądzieli wróć iuż i wrzeciona,
Niech praca w krosnach płótna zaczęte dokona:
Wróć się do swych z pokoiem panien, niech zasiędą,
I do roboty igieł subtelnych dobędą.