Strona:Iliada3.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Próżno to, patrząc na twarz i taką urodę,
Nie masz się przecz dziwować, że tak wielką szkodę
Dla niéy Troianie cierpią, i mężni Grekowie:
Dosyćby bydź boginią takiey białogłowie.
Ale iaka iest kolwiek, niech na morze wsiędzie,
A nam albo i dzieciom przyczyną nie będzie.„
Ci tedy tak gadali między sobą skromnie,
A Pryamus Heleny zawołał: „Sam do mnie
Dziewko moia chodź siedzieć, że męża oglądasz
Piérwszego, i twe krewne, czego ty snadź żądasz.
Tyś mnie nic winna nie iest, Bóg to wszystko sprawił,
Który mię nieprzyiaciół tak ciężkich nabawił.
Powiedzże mi iako mam zwać Greczyna tego,
Co to pleców szerokich, a wzrostu wielkiego.
Drudzy widzę są, co go głową przerównaią,
Ale tak podobnego oczy me nie znaią,
Ani tak poważnego: tuszę iż król iaki.„
Na te słowa Helena głos wyrzekła taki:
„Ważne iest twoie oycze u mnie rozkazanie:
Ale bodaybych była miała złe skonanie,
Kiedym ia tu z twym synem na morze wsiadała,
A męża i oyczyznę miłą zostawiała.
Lecz to iuż próżno: muszę płakać wiecznie:
Na to tak ci powiadam, ocz pytasz, statecznie:
To ten iest Agamemnon nieprzezwyciężony,
Oboie, i mąż dobry, i król doświadczony,