Strona:Iliada3.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


 
Gdy na wieżą, w tłum ludzi, spiesznym wbiegła krokiem,        465
Z muru, na wszystkie strony, drżącem rzuca okiem,
Postrzega swego męża: za wozem ciągnięty
Niegodnie, lecą z trupem konie na okręty.
Zaraz iéy czarnym cieniem oczy noc powlekła,
Padła, z omdlałéy ledwie dusza nie uciekła.
Zlata z głowy na ziemię prześliczne ubranie,
Wstęgi, siatka i włosów cudne zawiązanie,
I zawicie z Wenery otrzymane ręki,
W dzień, gdy waleczny Hektor, podbity iéy wdzięki,
Dawszy niezmierne dary, dziewkę pięknych liców,
Przyprowadził do siebie z domu iéy rodziców.
Siostry, bratowe, w liczném ścisnąwszy ią kole,
Rzeźwią, pragnącą śmiercią swe zakończyć bole.
Gdy zmysły odzyskała, płacze rozkwilona,
Nad mężem nieszczęśliwym, nieszczęśliwa żona.
„Biedna ia! biedny Hektor! Więc srogie niebiosy
Dla oboyga iednakie przeznaczyły losy!
Nad rodem naszym gwiazda świeciła taż sama,
Gdym w Tebach na świat przyszła, ty w domu Pryama.
Wychowała mię oyca ręka dobroczynna:
Zacożem mu to życie nieszczęśliwe winna!
Mężu! ty iuż w podziemne śmierci idziesz kraie,
A w płaczu wiecznym wdowa po tobie zostaie.
Dzieckiem iest syn, któregoś na świat wydał zemną:
Nie będziecie wy sobie pomocą wzaiemną,