Strona:Iliada3.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak się rycerz w ślachetnem czuciu ubezpiecza.        309
Wraz dobywszy ciężkiego i ostrego miecza,
Leci śmiało wielkiemi na Achilla kroki.
Jak orzeł, wyniesiony nad górne obłoki,
Z chmury spada na pole, a gorąco pragnie,
Drżącego wziąć zaiąca, albo młode iagnię;
Tak Hektor, z mieczem w ręku, na Achilla wpada.
Ten nawzaiem; a strasznie w sercu się rozjadą.
Cały Wulkana cudnym puklerzem okryty,
Na głowie blask się świeci czworoczubney kity,
Groźnie ią wstrząsa: włosy nakształt błyskawicy
Jaśnieią, pływaiące na wierzchu przyłbicy.
A iak, gdy ziemię w czarnych cieniach noc zagrzebie,
Hesper swym blaskiem gwiazdy przygaszą na niebie;
Tak, od ostrza Achilla dzidy, blask przerażał.
Wstrząsał on długi pocisk, a pilnie uważał,
Którędyby Hektora dosiągł dzidą swoią.
Hektor cały, Patrokla okryty był zbroią,[1]
Mała tylko część gardła iego odsłoniona,
Gdzie kość połącza miękką szyię i ramiona:
Lecz tędy duch żywotni nayłatwiéy wychodzi;
W to mieysce grotem Pelid zapalony godzi,
Przebita napół szyia od srogiego ciosu:
Jednak nienaruszony został otwór głosu,
Jeszcze mógł coś do swego wyrzec przeciwnika.
Padł Hektor, nad nim chlubnie Achilles wykrzyka,

  1. Zbroia na Hektorze, wzięta z Patrokla, była dziełem Wulkana, a zatém nie mogła bydź przebita. Ostrzega więc poeta, że nie będąc zrobiona dla Hektora, nie okrywała go zupełnie.