Strona:Iliada3.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz widzę, że móy wyrok tobie był taiemny:        283
Zmyliłeś się, i zamach twéy rękei daremny:
Chytremi słowy chciałeś ułatwić zwycięztwo,
I dumną groźbą zachwiać w moich piersiach męztwo.
Nie pchniesz z tyłu Hektora, który prosto wpada:
W pierś pchniy, ieśli tę chwałę który bóg ci nada.
Chroń się mey dzidy, chcącey twoią krwią się skropić:
Obym ci ią mógł całą w twych piersiach utopić!
Lżeyszeby się Troianom stały Marsa znoie,
Bo naywiększym pogromem dla nich ręce twoie.„
Skończył: wraz długa z ręku wyleciała dzida,
I prosto w środek tarczy trafiła Pelida,
Ale na bok odbita: Hektor się zasmucił,
Że choć dobrze wymierzył, bezskutecznie rzucił:
Zmieszał się, nie miał grotu inszego przy sobie.
Głośno zatém na ciebie wołał, Deifobie:
Lecz męża z białą tarczą nie widzi przy boku.
„Ach! rzecze, iuż boskiego nie uydę wyroku.
Mniemałem, że mi z brata iest pomoc niepodła:
On za murami siedzi, mnie Pallada zwiodła.
Nie masz żadney ucieczki, iuż mi umrzeć trzeba:
Musi spełnić się wola Jowisza i Feba.
Nieraz mię iednak dawniéy zbawiły te bogi:
Dziś chcą, by się uiścił na mnie wyrok srogi.
Lecz nie dokaże wyrok, bym nikczemnie zginął:
Zróbię czyn, którym będę w późne wieki słynął.„