Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łego świata i pozwala być takim, jakim jestem. Widzę to doskonale, że on mię uważa jakby za dziecko, choć cudackie i fantastyczne, ale w gruncie niezłe i patrzy na mnie jak na istotę jakąś zupełnie wyjątkową, do której w żaden sposób nie możnaby i nie należy stosować ogólnych praw życia. Powiem wprost, jestem dla niego takim samym bożkiem, jak i dla Zosi. Poczuwa się do obowiązku opiekowania się mną i pielęgnowania, jakbym był jego synem i ojcem zarazem. Ja wiem o tem dobrze i nadużywam też często jego przywiązania. A i o tem wiem także, że mu niezmiernie chodzi o mój szacunek dla niego, i że pierwszą jego myślą po każdym postępku jest: co ja na to powiem. Zresztą wywdzięczam mu się tem samem, bo także się zawsze liczę z jego zdaniem; tylko, co prawda, dużo też liczę na jego wyrozumiałość, czasem aż nadto, zawsze pewien dobrego przyjęcia.
Takeśmy się już zżyli z sobą, że mimowoli układając projekta życiowe, opieramy je na jednym, niezmiennym warunku — że zawsze mamy być razem. Teraz, dalibóg,