Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ro sfabrykować nową duszę, sądzę, iż byłaby ona najwszechstronniejszą w świecie.
Zastanawiam się nieraz nad tem, co mnie ze Stachem, a raczej jego ze mną, wiązać może; bo rzeczywiście, od lat siedmiu, jak się znamy, a od trzech, jak wspólnie mieszkamy, trzymamy się razem, jak wierzch i podszewka jednego ubrania. Ja często tę kwestyę poruszam w rozmowach ze Stachem, ale on nie lubi roztrząsać podobnych subtelności i nazywa to głupstwem. Może ma i słuszność, ale mnie, nie wiem czemu kwestya ta interesuje niezmiernie. Może dlatego, że i ja kocham go bardzo, a ja lubię sobie zdawać prawe ze wszystkich moich czynów i uczuć. Ale tu, dalibóg, analiza moja nic poradzić nie umie.
Bo nie było chyba nigdy dwóch natur tak zupełnie różnych, jak on i ja. On — powaga chodząca, wypchana dogmatami, człowiek olbrzymiej woli, dla siebie nieubłagany, — przytem natura z gruntu poczciwa, prosta, przedewszystkiem prosta, i szczera aż do naiwności. Nerwy, rozczarowania, pesymizm, subtylizowanie uczuć i wrażeń nie istnieją dla niego. Uznaje je chyba tyl-