Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tycznie, iż jej do głowy nie przyszła dotąd myśl, że mogę się mylić w czemkolwiek. Ja wiem o tem i dlatego mimowoli tyranizuję ją nieraz. Znosi wszystkie moje kaprysy i dziwactwa z taką cierpliwością, prawie namaszczeniem, jak gdybym miał z góry udzielony patent nieomylności. Jestem dla niej ostatnią instancyą we wszystkiem, jej sumieniem i wyrocznią stanowczą. Mnie to śmieszy czasami, szczególniej kiedy się mnie radzi, jakiego koloru ma sobie suknię sprawić — bo i tych kwestyi nie mogłaby bez mojej porady rozstrzygnąć.
Dotychczas uczuwałem trochę jakby wyrzutów sumienia za to mimowolne zgodzenie się służenia mojej Zosi za punkt oparcia w życiu, choć Bóg widzi, żem się nie starał zupełnie łudzić jej co do siebie. Teraz pozbywam się tych skrupułów, ponieważ dzielę moją rolę opiekuna ze Stachem, a on jest taką antytezyą mojej istoty, że gdzie u mnie wada, tam u niego zaleta, — gdzie u mnie nadmiar czego lub brak, u niego, przeciwnie, brak lub nadmiar. Gdyby z duszy mojej i Stacha można było zrobić jaką mieszaninę, a z tej dopie-