Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiedzieć, czy się wogóle spotkamy! Za panem ciągnie się ogromna smoła, a kto idzie z panem, przylepi się także! To pan nazywasz zabawą — i ja dlatego mam swój niedzielny spoczynek poświęcać! Panie Wejwaro, straszną odpowiedzialność wziąłeś na siebie.
Mistrz odwrócił się od Wejwary i szedł przez mostek, ażeby mu i drugi statek nie odpłynął:
Po dziesięciu minutach była i ta skorupa nabita i stękając i trzeszcząc we wszystkich szparach odbijała na „pełne morze.”
Panu Kondelikowi było bardzo nieprzyjemnie, kiedy się znalazł w ciżbie, gdzie się poruszyć było trudno, a kiedy potężny słup dymu rozbił się wśród wycieczkowiczów, zakaszlał i oczy mu zaszły łzami. Mistrz zgrzytnął zębami.
— Niechaj pan spróbuje raz jeszcze wziąć mnie na te goldmany! Zobaczysz, co wtedy będzie!...
Wejwara milczał, przy tych okolicznościach nic lepszego uczynić nie mógł.
Milczał także pan Kondelik, z czego Wejwara bardzo się cieszył.
Płynęli przez krótką chwilę i nagle odezwał się głos mężczyzny, który może był konduktorem, a może nawet kapitanem:
— Bilety, panowie, bilety!
Wejwara chętnie podał swój, a mistrz Kondelik zagłębił rękę w kieszeni, wyciągnął, otworzył — na dłoni ukazały się bilety trzy.
— Za kogo to, proszę pana? — pytał konduktor, czy kapitan