Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wara musiał trzymać kapelusz, ażeby zapałka nie zgasła.
Szczęśliwie dostały się damy na statek i zaraz za niemi wpadło jeszcze z dziesięciu wycieczkowiczów.
Rozległo się w powietrzu „dosyć!”, zabrzęczał dzwonek, statek się rozbujał, mostek zatrzeszczał, szruba pod statkiem zaryła się w wodzie, majtkowie na statku zrzucili linę z palika, i właśnie kiedy wirginia pana Kondelika najlepiej się rozpalała, a Wejwara wtłoczył kapelusz na głowę, zabrzmiały w powietrzu dwa rozpaczliwe głosy:
— Kondeliku!
— Panie Wejwaro!
Obaj mężczyźni spojrzeli w kierunku statku i pobiegli w kierunku mostku; zapóźno niestety! Między nimi a statkiem nie było już stałego lądu — śmiała się do nich tafla wody, z dziesięć metrów szerokości, i przestrzeń ta rosła ciągle, statek się kołysał, podskakiwał i zataczał dalej i dalej, a z nim oddalało się przenikliwe, chwytające za serce wołanie:
— Kondeliku! Tatku! Panie Wejwaro!
Ze zgrozą zauważył mistrz, że wierna jego połowica drze się w tłumie pasażerów ku balustradzie, machając parasolką i przez głowę przeleciała mu straszna myśl: ona skoczy w wodę!
Przyłożył obie dłonie do ust i wołał, jak przez tubę:
— Żono! Nie leź ku balustradzie! Trzymaj się środka!
A Wejwara, który dopiero teraz się zoryentował, wołał w ten sam sposób: